Czarna Pieśń
Czarna Opowieść
Czarna Krew
Delikatny zapach róży
Czas Pogardy
A powietrze krwią się kurzy
Bohater Bezradny
Czerwony Płomień
Na ustach Krew
Podążasz w nieświadomości
Wędrując za stadem mew
TĘSKNOTA ZA UMARŁĄ
Twe usta mienią się czerwienią,
lecz to krwią są ozdobione.
Twe ciało aksamitną jest bielą,
lecz dotkliwie poranione.
Na oczach twych zielonych;
to one ostatnie widziały,
księżyc w barwach słonych,
jak łzy słone pozostały.
Twe oczy wiecznie zielone,
Już na mnie nie patrzą,
Gdyż śmiercią one zamglone,
Już nie patrzą, nie patrzą...
Teraz, tylko trumna, ciemność,
Nic już nie ma.
Dusza twa odeszła w wieczność,
A ja, też umrę,
W parszywym uścisku samotności.
SEN
Sen mym wybawcą,
Zapomnieć pomoże.
Jednak wspomnienia wrócą,
Gdy oczy otworze.
Sen mym katem,
Koszmary wracają,
A one śmiertelnym są batem,
Wspomnienia zostają...
PŁOMYCZEK
Kolejna smutna łza,
Po mokrym policzku.
W sercu mym skaza,
Ukochany płomyczku.
Nie zgaszą łzy me.
Ognia twego,
Który wypala ranę,
Smutku mego.
Najgorsza niepewność,
Brak wiedzy czy,
Czeka mnie samotność,
Czy marzenia me, sny.
Pragnę objąć cię,
Ogniku ukochany.
Ogrzejesz mnie,
Czy oparzone rany?
Boję się rozpalać,
Byś mnie ogniem nie spaliła.
Bo źle pośpieszać,
Tak mówisz moja miła.
Ugasić też się boje,
Palące mnie uczucie.
Bo wtedy zwariuje,
Czując w sercu zepsucie.
DZIEWCZYNA Z
OBRAZKA
Płatek róży
Wzniesiony przez wiatr
Dotknął mych ust...
Dziewczyno z obrazka.
Zielony listek
Twych oczu odbicie,
Czy w nich jest życie?
Dziewczyno z obrazka.
Zapamiętane obrazy
W głowie oszalałej
Z tęsknoty...
Dziewczyno kochana.
Teraz doceniam
Ruchome obrazy,
Bo w nich jest życie.
Dziewczyno z obrazka.
Obrazek możesz dotknąć,
Jednak on nie odpowie,
Nie przytuli...
Nie uśmiechnie się...
Nie zarumieni...
Nie powie że też...
Że wie...
Nie powie że tęskni...
Nie pocałuje...
Obrazek nie może kochać...
Tylko jak inaczej
Dziewczyno z obrazka
Mogę widzieć cię?
CHAOS SYMBOLI
Siedzę teraz,
Przy ławce.
Nogi wykręcone,
Myśli oszalałe.
Długopis w ręku.
Ignorancja,
Mentora nie słucham.
Niewielka kartka,
Wcześniej wizytówka,
Teraz zapisana,
Słowami poety.
Ilość cząsteczek,
Symbole,
Energia,
Fizyka!
Chaos...
Chaos w mej głowie!
Kolejny dzień zmarnowany,
W ławce...
Słuchając bzdur,
Herezji i głupot.
Po co mi to...
Ignorancja,
Mentora nie słucham.
Przelewam na papier
Myśli poety.
|
|
MOJA
HISTORIA
Każdy uroczysty moment będę przechowywać w sercu
Pomimo, ze jest to trudne do zrozumienia
Ten cichy wiatr jest w stanie zgasić świecę
Zabierając wszystko, pozostawiając ból daleko za nami.
Wzywacie moje imię, ale wasz głos ginie
W wietrze, objęci odlecicie teraz daleko stąd , odlecicie
teraz daleko stąd
-"Glory to the brave"
Hammerfall l
Mglisty elf cichutko grał na lutni. Dzisiejszej nocy nikt go nie słuchał.
Duża, ciemna sala gospody była pusta. Wszyscy jeszcze spali i odpoczywali po
wczorajszym występie. Jego niezwykle jasne, blond włosy do łopatek lekko
kołysały się z powodu przeciągu, jaki tu panował. Miał przymknięte oczy. Jego
biała skóra kontrastowała z czarno-zielonym ubraniem. Przypadkowy obserwator
ujrzał też dwa sztylety przy pasku barda. Podszedł niepewnie i usiadł obok.
Poczekał cierpliwie, by bard skończył grać smutną melodię. Przymknął oczy, by
wsłuchać się w romantyzm, uchwycony w brzmieniu instrumentu. Kiedy elf
zakończył utwór, obserwator poprosił, by bard opowiedział mu jakąś ciekawą historię. Elf otworzył swoje niebieskie oczy, uśmiechnął
się smutno i zaczął opowieść. W jego melodyjnym głosie dało się słyszeć nutkę
żalu i smutku:
Oto mój żywot, niczym pieśń do twych uszu dociera, zdobywając sobie
niewielkie miejsce w twej pamięci. Jednak ma opowieść bardziej pamiętna
będzie, obiecuje ci mój słuchaczu. Krucze pióra ułożyły mi drogę, po której
teraz podążam. Niestety kolce czarnej róży, które wkradły się na moją
ścieżkę, dotkliwie mnie poraniły. Smutek i żal. Nauczyłem się jednak, że nie
uchronię się od cierpienia. Wiedziałem, że musze przezwyciężyć ból. Iskra
nadziei nie pozwoliła mi się poddać, nauczyła mnie jak żyć i obroniła mnie od
wielu ran. Nie uchroniła mnie jednak przed łzami, które często spływały po
moich licach. Ani przed tą wieczną, przeklętą samotnością.
Miłość
Krwawej Nocy
Smutek w mych oczach zawita, gdy pieśń tragiczną o miłości mych twórców
opowiadam. Z trudem wspominam o tej historii, gdyż zapoczątkowała ona
wszystkie me smutki kołyszące się na wietrze. Jednak gdyby nie ona, nie było
by pieśniarza, który mógłby śpiewać o miłości w cieniu ponurych drzew.
Wśród opadających liści wielkich dębów, samotnie szła krucza panna, elfka cienia. Młoda i piękna była, i taka w mych oczach
pozostała, oczach dziecka z łzami. Bo wiele się nie zmieniła przez te
wszystkie lata. U nas, eldharów, nie widać
przypływu lat. Biały księżyc wiał swym wiatrem wśród mgieł, wiecznie
pokrywających mroczniejszą część kniei. Owiewał długie czarne włosy mej
rodzicielki. Chłodne powietrze schładzało jej policzki i skromnie okryte
ciało. Jej oczy były przymknięte, by uchronić źrenicę od piasku, który
mimowolnie został porwany do tańca. Jej piękne źrenice były zielone, niczym
oszlifowane szafiry. Do dziś pamiętam je dokładnie jak łzy, które przetoczyła
przez cały swój żywot. Do dziś zieleń oczu wprawia mnie w zachwyt.
Mijała kolejne dęby. Mgła opadła wtedy nisko, spowijając krajobraz bielą.
Ciemną, ponurą bielą. Jednak strzęk broni wyrwał ją
z romantycznego nastroju, jaki podarowała jej noc. Drugi księżyc,
czerwony niczym róża powoli pojawił się na niebie. Dziewczyna nie widziała
wroga, lecz jej dar wizji pozwolił jej dojrzeć walkę toczącą się nieopodal.
Migające obrazy. Cios za ciosem. Szybkie odskoki drobnego szermierza. Pięciu
wroga, na jednego zagubionego podróżnika! Bez wahania wyjęła broń i pobiegła
wspomóc wędrowca. Ostrze jej włóczni wirowało, sprzymierzając się z tańczącym
rapierem sojusznika. Topory wroga nie mogły ich dosięgnąć. I ta mgła…
idealne schronienie dla elfów. Krew, mnóstwo purpurowej krwi. Było to ciężkie
starcie z Minosami, jednak wspólnie zwyciężyli.
Jednak tuż przed końcem rzezi, dało się słyszeć świst żelaza, nie
zablokowanego ostrza topora. Poczuła chłód, a potem ból. Nie zdążyła nawet
spojrzeć na elfa, któremu pomogła. Któremu niemal nie poświeciła życia. Był to mój ojciec, którego kocham mimo braku
spotkania. Dał mi życie, chociaż, jakie to życie, kiedy usłane jest smutkiem
i kolcami róż. Wiele legend słyszałem o tym złotym elfie. Złote elfy…
znienawidzony ród elfów cienia i mgły. Niestety, jest to przyczyna mej zguby,
niechęci do mnie współplemieńców. Jednak był to szlachetny i śmiały
podróżnik, i takim w mojej pamięci pozostanie.
Gdy moja matka oczy otworzyła i spojrzała na swego
wybawcę, chciała rzucić się na niego i zabić. Złość i nienawiść. Pragnęła
dźgnąć go sztyletem, jednak tylko przez chwilę. Uświadomiła sobie że to on wybawcą, i coś ukuło ją w serce. Nie
zostawił ją tam, na polu bitwy. Wziął ją ze sobą i przyprowadził tutaj.
Uleczył. Miłość przełamała nienawiść, mimo że najpiękniejsze z uczuć pragnęło
uciec z jej duszy. Nie wbiła sztyletu w serce, gdyż jej serce pragnęło dotyku
elfa odzianego w biel.. Pocałowała go i zapłakała. Z żalu… „nie
chcę kochać… nie chcę!!!”. Pragnęła odejść. Jednak wydawało się
jej, że i on czuł coś do niej. Widziała to w jego oczach. Widziała także, że
on walczy z uczuciem. Jego blond włosy do ramion i oczy w kolorze miodu
wprowadziły ją w zachwyt. To stało się tak szybko! Uczucie zwyciężyło,
pokonało wzajemne uprzedzenia. Pocałowała go znowu. Przez chwile stali się
jednością. Delikatny dotyk. Pieszczoty. Była to piękna noc. Pełna miłości i
ciepła. W jego ramionach czuła się bezpieczna. Jednak potem to wrażenie
odeszło. Bo groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdyby ktoś ją teraz
ujrzał… Pragnęła jednak zostać jeszcze przez chwilę. Jeszcze tylko
moment. Wtuliła się w jego. Jednak nie zasnęła. Czekała.
Odeszła gdy tylko zasnął. Wyrysowała jednak
serce, z runami mówiącymi „Miłość nie zwalczy tradycji, uczucie nie
zniszczy nienawiści naszych plemion. Kocham cię, jednak żyć samotna będę musiała.”
Wróciła do domu i starała się żyć normalnie. Miała nadzieje, że było to tylko
zauroczenie. Myliła się. Nie mogła zapomnieć. Płacząc co
noc wspominała jego namiętne pocałunki. Dnie były łatwiejsze, pozwalały jej
wspomnieniom odejść, ulecieć z wiatrem, gdy jej myśli wędrowały wśród
codzienności. Jednak kolec czarnego kwiatu wracał co
noc. Wspomnienia o miłości. Oraz jej sny… nigdy mi o nich nie
opowiadała. Ale wiem, że bała się zasnąć. Moja matka nigdy nie opowiadała mi
o swoich snach. Bała się tych obrazów, które nawiedzały jej zawsze, gdy
księżyce pojawiały się na niebie. Moje młode lice przypominały jej
tylko o uczuciu, jakie miała w sercu. Przypominały jej także o żalu do
siebie, że odeszła i tej wiecznej samotności. Mimo to kochała mnie gdyż wiedziała,
że jestem symbolem owej miłości. Wiem, że tylko dzięki mnie żyła, dawałem jej
powód, by trwać. Inne elfy, mieszkające razem z moją matką w szczepie Kruka,
były podejrzliwe. Często pytali, skąd ma dziecko i kto jest ojcem. Szczególnie że moje jasne włosy dość mocno mnie
wyróżniały. Ukrywała przed współplemieńcami moje pochodzenie, mówiąc że chciała skosztować życia samry.
Wiedziała jaki los by ją czekał, za wydanie prawdy o
tamtej nocy. I to chyba bolało ją najbardziej. Nie mogła nikomu powiedzieć, przed
nikim się wypłakać. Ciągle ten ból tłumiony w sobie. Nawet mnie bała się
powiedzieć. I ten wieczny żal, do losu i do duchów.
Krew
Pisklęcia
Moje dzieciństwo nie było tak mroczne i straszne, jak
okres dorastania. Jako małe pisklę Kruków, byłem wesoły. Zawsze trochę
nieśmiały i zagubiony, ale mimo swojej skrytości miałem paru przyjaciół.
Pamiętam te dni szaleństw i zabaw. Jednak z tego co
pamiętam, zawsze byłem raczej przy mamie. Jej skrzydła dawały mi poczucie
bezpieczeństwa. Nirialea, była wspaniałą opiekunką.
Jako dziecko nie widziałem u niej smutku i żalu. Kochałem ją…
Kruku, czemu tyle się zmieniło w róży? Czemu płatki
przybrały kolor czerni?
Podczas dzieciństwa miałem swoje ulubione miejsce.
Często wymykałem się tam z przyjaciółmi i bawiliśmy się. Był to wspaniały
wielki dąb, położony niedaleko na północ do miasta szczepu kruka.
Pozostawiłem tam mnóstwo rysunków, które wyskrobałem za młodu. Były to
głównie wesołe malowidła. Rysowałem kruki, uśmiechnięte elfy, kwiaty…
Tyle się już zmieniło. Pamiętam też, że mama, bojąc się o mnie, zakazywała mi
wychodzić za miasto. W moich żyłach jednak płynęła wolność. Bywałem tam
często.
TĘSKNOTA ZA UMARŁĄ
Twe usta mienią się czerwienią,
lecz to krwią są ozdobione.
Twe ciało aksamitną jest bielą,
lecz dotkliwie poranione.
Na oczach twych zielonych;
to one ostatnie widziały,
księżyc w barwach słonych,
jak łzy słone pozostały.
Twe oczy wiecznie zielone,
Już na mnie nie patrzą,
Gdyż śmiercią one zamglone,
Już nie patrzą, nie patrzą…
Teraz, tylko trumna, ciemność,
Nic już nie ma.
Dusza twa odeszła w wieczność,
A ja, też umrę,
W parszywym uścisku samotności.
Pamiętam też swoją ulubioną zabawkę. Dostałem ją od mamy
na dziesiąte urodziny. Było to magiczne pudełko, które zapamiętywało śpiew
właściciela. Jego muzykę. Za młodu grałem na flecie poprzecznym. Moje
dziecięce melodyjki dalej istnieją w tym tajemniczym, czarnym, ozdobionym
pudełku. Do dzisiaj je mam, tak jak mam wspomnienia. Darzę je dużym
sentymentem. Nigdy nie zajmowało dużo miejsca, gdyż ten magiczny przedmiot
jest nie większy niż pięść. Wtedy to były wesołe melodie. Nawet bardzo.
Jednak tyle się zmieniło. Jedna rzecz tylko nie popłynęła dalej, jak rzeka.
Smutek mojej ukochanej matki.
Kiedy zacząłem dorastać, i moja wrażliwość znacznie się
już uwidoczniła, wiedziałem już, że cierpi. Wtedy
też zacząłem zamykać się w sobie. Straciłem część radości. Na duchy, nie
chciałem by cierpiała! Za bardzo ją kochałem. Początkowo próbowałem, by była
szczęśliwa. Przynosiłem jej kwiaty. Większość czasu spędzałem z nią,
opowiadając jej wesołe historię, grając melodyjki. Jednak to nie pomagało.
Ona nie potrafiła zapomnieć.
A potem to straszne zdarzenie, które uczyniło mnie
mrocznym i skrytym niczym prawdziwy kruk. Wtedy też poczułem zapach krwi w
powietrzu. I zapach pierwszych, szczerych łez płynących z moich oczu.
Pewnej chłodnej nocy, łowcy niewolników wrócili z łowów.
Przyciągnęli na rynek wielu porwanych ludzi i elfów. Byli skuci kajdanami.
Bali się, tak bardzo się bali. Większość była ranna i pozbawiona odzienia.
Łowcy z szczepu pająka zawsze byli bezwzględną gildią.
Jednym z niewolników, skazanych na śmierć w ogniu był
mój ojciec. Tylko on się nie bał. Zabił wielu łowców, dlatego musiał zginąć.
Rodzicielka ma najdroższa, gdy tylko ujrzała jego lica, nie wytrzymała. Łzy
płynęły jej z oczu. Tak wiele łez! Kazała im go uwolnić, wyznała prawdę.
Łowcy jednak nie znali sumienia i litości. Śmiali się z niej! Nazwali ją
zdrajczynią i poderżnęli gardło złotemu elfowi. Pamiętam jej krzyk, pamiętam
jak uginały się jej kolana… jak upadła na podłogę. Wiem, że pękło jej
serce. Czułem jak krwawi, widziałem jak szlochała. Na duchy, ja tam byłem,
patrzyłem na to wszystko! Miałem wrażenie że ogromny
pająk podchodzi do mnie i wyrywa z mojego serca resztki radości. Słyszałem
opowieść matki. Dowiedziałem się, że trup leżący w kałuży krwi to mój ojciec.
Włócznia przebiła mi serce. Moje łzy łączyły się z łzami matki. Przytuliłem
ją, ale nawet to nie zmniejszyło jej bólu. Mojego też nie. Dla matki był to
zbyt duży cios. Kolejne dni spędziła zamknięta w sowim pokoju. Słyszałem jej
płacz. Nic nie jadła, nie spała. Bałem się. Tak bardzo. Chciałem żeby to się
skończyło! Miałem już dosyć! I wtedy to… Po tym zdarzeniu nigdy się już
szczerze nie zaśmiałem. Nigdy… Otworzyła drzwi. Powiedziała mi na ucho
słowa, które dobrze pamiętam mimo tylu lat, które upłynęły. „Kochaj.
Zawsze kochaj, nie zrób błędu matki. Odejść od plemienia
jeśli zrozumieć one nie potrafi”. Zabiła się, nie mogła znieść
bólu. Jej krew, jej krew…
Bard nie wytrzymał, z jego zielonych oczu popłynęły łzy.
Przerwał opowieść. Czuł suchość w gardle. Napełnił pusty kielich i wypił parę
łyków. Chciał przerwać, jednak czuł że nie mógł.
Musiał skończyć opowieść. Po chwili mówił dalej nie kryjąc bólu, który wraz z
dalszą opowieścią zmniejszył się trochę.
Samotność Młodych Lat
Zaopiekowała się mną samra,
która była kiedyś przyjaciółką mojej najukochańszej matki. Nauczyła mnie
śpiewu, gry na instrumentach. Nauka szła mi łatwo. Miałem talent, a mój głos
był niczym śpiew słowików, rozbudzał marzenia u niewiast. Posiadłem wiedzę,
jak posługiwać się własnym głosem, lutnią, harfą i fletem poprzecznym. Jej
najczęstszy kochanek nauczył mnie skutecznie władać magią. Szczególnie upodobałem
sobie magię eteralną i obie szkoły wiatru. Sztylet
też nie był mi obcy. Często używałem go do obrony. Miałem przed sobą
wspaniałą karierę. Nikt jednak nie chciał słuchać mojej pieśni. Nikt…
Wielu młodych elfów, szczególnie chłopców uczyniła moje
dzieciństwo bolesnym. Wyśmiewało się z mojej natury. Wołało
„mieszaniec”, „dziecię nienawiści”! Moje łzy spadały
niczym płatki czarnej róży na wietrze, pełne smutku i chęci zemsty. Moi
przyjaciele porzucili mnie. Byłem nikim, nikt nie chciał mnie znać. Bili
mnie, szykanowali. Krew. Moja krew. Płatki róży na wietrze, pełne nienawiści!
Rany i obolałe mięśnie nie były dla mnie straszne. Rany na moim ciele były
jak drzazga w palcu, gdy porównywało się ją z bólem w moim sercu. Nie
płakałem, kiedy sztylet przeciął moje ramie. Płakałem dopiero wtedy, gdy
śmiali się ze mnie, zamiast mi pomóc. Jednak nie mogłem nic zrobić, me kolce
nie były dość ostre. Wiecznie byłem sam. Zawsze sam. Nie mogłem się nikomu
wypłakać, bo samry często nie było w domu. Tak samo
jak moja matka, zamknąłem się w sobie i tłumiłem złość w środku.
Nie potrafiłem tak żyć! Często uciekałem z własnego
plemienia. Pamiętam te noce, kiedy siedziałem na grubej gałęzi wielkiego
dębu. Swojego drzewa. Zmieniłem tylko gałąź. Siadałem teraz wyżej i
rysowałem. Moje malunki przestawiały matkę. Przestawiałem ją taką jaką była. Smutną. Potem moje rysunki zmieniały się.
Kreśląc kolejne kreski krzyczałem: „Czemu mnie
zostawiłaś!? Czemu!?”. Długo miałem do niej żal. Moimi jedynymi
przyjaciółmi były księżyce. W końcu nauczyłem się żyć samotnie. Mimo, że tak
bardzo potrzebowałem uczucia. Moja nowa opiekunka byłą troskliwa, jednak mnie
nie kochała. Nie dawała mi ciepła. Więc samotnie przemierzałem knieję.
Rosłem, Dorastałem. Zapomniałem o żalu do matki. Zacząłem ją rozumieć. Moje
rysunki się zmieniały. Jednak tak naprawdę ja sam nie zmieniałem się. Ciągle
smutek na twarzy. Moja wrażliwość mi nie pomagała, raczej mi szkodziła. Inni
śmiali się z moich łez, z moich rozterek. Czemu? Czym ja sobie na to
zasłużyłem? Do dziś rzadko się uśmiecham. Jeszcze rzadziej szczerze. Nigdy
nie nauczyłem się jednak śmiać. Wiele razy kochałem, jednak byłem odrzucany.
Czy tak trudno kochać mieszańca? Dziękuje duchom, że zawsze były to tylko
zauroczenia. Inaczej umarłbym z żalu…
Pamiętam dziewczynę o białych włosach. Miała na imię Kiria. Pamiętam, że była jedyną życzliwą mi osobą. Nie
jestem pewien czy ją kochałem, ale zależało mi na niej. Pamiętam jej uśmiech,
jej dotyk. Zawsze mnie dziwiło, czemu inni jej nie dokuczali, wiedząc że interesuje się dzieckiem nienawiści. Teraz już wiem dlaczego.
Pamiętam tą namiętną noc. Jej pocałunki i dzikość.
Bawiła się mną i sprawdzała jak zareaguję. Oboje byliśmy wtedy młodzi. Teraz,
teraz wiem o co jej chodziło! Chciała sprawdzić, jak
to jest kochać się z „golemem”! Bo
często mówiono że ja nie mam uczuć. Że jestem jak
wytwór, że potrafię tylko nienawidzić. Opowiadali, że moje emocje są
sztuczne, bo końcu powstałem z nienawiści. Że tylko to uczucie było w moim
sercu.
Nie byłem nim. Miałem uczucia. Nie znalazła dzikiej
maszyny. Więc opuściła mnie. Była zawiedziona. Darła się na mnie.
Spoliczkowała mnie i odeszła. Od razu! Powiedziała mi że
z chęcią mnie rani. I zraniła mnie. Do dziś jestem podejrzliwy do kobiet.
Trudno jest mi też odwzajemnić uczucia. Skrywam je w sobie, nie potrafiąc
wydobyć ich na zewnątrz. Boję się, że inne potraktują mnie tak samo.
Czarna Pieśń
Czarna Opowieść
Czarna Krew
Delikatny zapach róży
Czas Pogardy
A powietrze krwią się kurzy
Bohater Bezradny
Czerwony Płomień
Na ustach Krew
Podążasz w nieświadomości
Wędrując za stadem mew.
Długo nienawidziłem moich rodziców, za to, że jestem tym kim jestem. Kilka razy chciałem się zabić. Nigdy
jednak tego nie zrobiłem. Ciągle wracał do mnie widok mojej matki z raną na
nadgarstku. Jej martwe oczy. I krew. Krew która
stała się podłogą. Duchy, czemu mnie opuściliście? Tyle razy trzymałem
sztylet, jednak nigdy go nie użyłem. Teraz używam go tylko by walczyć, by móc
się obronić przed innymi. Bo w końcu nauczyłem się bronić. Miałem silnego
wroga. Był nim Los.
Powiew
Kruczych Skrzydeł
Dotrwałem tak do okresu nadania imienia. Miałem wtedy
dwieście czterdzieści dziewięć księżyców. Jest to prawie dwadzieścia jeden
lat według liczenia ludzi. Na ceremonii dojrzałości była tylko Eastle, moja przybrana matka. Oraz kapłan, który został
przez nią przekupiony. Inaczej nie zgodziłby się uczestniczyć w tej
uroczystości. Wybrałem sobie imię Nirian., męski odpowiednik tak rozczulającego mnie słowa. Słowa przy którym płaczę. Imienia mojej matki, ukochanej i
prawdziwej. Tej do której tyle lat miałem żal. Teraz
jednak chciałem pokazać, że to nie jej wina. I że ją kocham. Rzadko jednak
używam tego imienia. Zawsze robi mi się wtedy jeszcze bardziej smutno. Bo
przypominam sobie o jej śmierci.
Miałem już dosyć przebywania w znienawidzonym szczepie.
Byłem młody, ale gotowy by me krucze skrzydła wyprowadziły mnie z
znienawidzonego miejsca. Odleciałem, z błogosławieństwem duchów. Moje kolejne
losy były zmieniane przez powiew wiatru…
Jednak teraz wybacz. Odejdę już. Czas udać się w podróż, tam, gdzie świat o
mnie nie słyszał i tam gdzie kwiat ukojenia być może.
Teraz tylko świeca oświetlała pusty kielich. Zza okna czerwone słońce budziło
się ze snu. Gospoda była pusta, jednak jeszcze echo odbijało ostatnie słowa
opowieści.
Wędrując za stadem mew
Krucze skrzydła niosły mnie przez knieję spowitą mrokiem. Moje stopy odbijały
się od gałęzi wielkich dębów. Wędrowałem. Za mną, był mój dom i cierpienie,
przede mną była przyszłość. Sztylety, lutnia i płaszcz, szeleszczący w
podmuchach wiatru. Jasne włosy tańczące w rytm jej melodii. Ból w sercu.
W plecaku miałem koc, parę monet i prowiant. Było też magiczne pudełeczko.
Prezent od ukochanej matki. W plecaku mych wspomnień łzy i nienawiść. To już
było za mną. Odszedłem. Skakałem po kolejnych gałęziach drzew. Cienie
tańczyły pode mną. Nad koronami drzew świeciły dwa księżyce. A’Aquen, księżyc wody i łez. Smutku i nadziei. A’Vinten, pan wiatru, tańca i szaleństwa. Wkrótce
zaczął padać deszcz. Niczym łzy nieba.
Kora przedwiecznych dębów stała się śliska. Przystanąłem, opierając się o
konar drzewa. Przymknąłem oczy. Mokre już włosy przylegały mi do policzków.
Krople deszczu spływały po czarnym płaszczu. Odwróciłem się po raz ostatni w
kierunku miasta mglistych elfów. W kierunku Kruczego Gniazda. Wypuściłem
powietrze z płuc.
Ea vell
laneila tea.
Ea vell finae gis.
Mone vins un spiera
Vell ea is une croi gis.
Ma przeszłość wiecznie smutna,
Ma przeszłość skończona jest.
Księżyc wiatru i duchów.
Przeszłość ma jak cień kruka jest.
Skoczyłem znowu, niemal nie dotykając gałęzi. Odbiłem się od kolejnej. Było
za ślisko. Czarny płaszcz zaszeleścił, podwijając się w górę. Cichy stłumiony
krzyk. Upadłem, tracąc przytomność. Ciemność zawitała pod powieki mych oczu.
Cisza.
Lilie
Pierwszym odgłosem, który dotarł do mnie był cichy szum wodospadu. Potem,
stłumiony, dziewczęcy chichot. Poczułem słodką woń kwiatów. Lilie. Wilgoć,
przyjemny chłód i miękkość. Powoli uchylając oczy ujrzałem górujący nade mną
księżyc ziemi, życia i dostatku. A’Erthen.
Czyżby minął już dzień? Zobaczyłem też zielone listki drzew i brązowe konary.
Widziałem też jezioro o błękitnej wodzie.
Wielkie kwiaty powoli, jakby nieśmiale pływały po
tafli stawu. Do każdego, z tych białych kwiatów były podczepione
wielokolorowe latarnie. Dzięki temu, kwiaty i cały krajobraz tańczył w
milionie barw. Przymknąłem oczy, ale tylko trochę. Rozkoszowałem się pięknym
widokiem, który wprawiał mnie w romantyczny nastrój. Obserwowałem latające
pomiędzy gałęziami pobliskich drzew, kwiatami i wodospadem niewielkie
istotki. Nastie. Drobne kobiety o owadzich
skrzydełkach. Długie włosy tych istot tańczyły na wietrze. Srebrne, czarne i
jasne.
Leżałem na miękkiej trawie. Kiedy oparłem policzek o zielone źdźbła, poczułem
chłodne krople rosy. Uśmiechnąłem się do siebie.
Byłem tu bezpieczny. Byłem nad szafirowym jeziorem, w królestwie nastii, małych, dobrych dziewczynek. Kiedy wstałem,
zrzuciłem z siebie pomięty płaszcz. Obok mnie leżał
mój plecak i lutnia. Jedyną rzeczą, której tutaj nie było, była moja broń.
Nie winiłem je za to.
Nagle usłyszałem za sobą trzepot skrzydełek. Wielu. Powoli obróciłem
się, uśmiechnąłem się smutno na widok trzech, unoszących się w powietrzu
kobiet, o elfiej posturze. Były jednak małe i
drobne. Ich owadzie skrzydła poruszały się szybko, by utrzymać się w
powietrzu. Ich oczy, były na wysokości moich.
- Wydaje mi się, że mnie uratowałyście. Jestem wam
winien podziękowania, niewiasty kwiatów.
- Odnalazła cię ta młoda panna, to jej jesteś winien podziękę.
- Dziękuje ci. Obu duchy były zawsze po twojej stronie.
- Gzii…
Była to jednoroczna dziewczyna. Jednak tak jak wszystkie, wyglądała na
dorosłą. Jej jeszcze krótkie, bardzo jasne włosy wychodziły ledwie za
szpiczaste uszka. Nastia miała piękne, wielkie,
błękitne oczy i troszkę za duży nosek. Mimo to, dziewczyna wyglądała uroczo i
słodko. Była nieśmiała. Jej dłonie były splecione za plecami. Unikała mojego
wzroku. Miała na imię Lilian, jednak wszyscy mówili
na nią pieszczotliwym skrótem. Lili.
Zostałem nad szafirowym jeziorem. Rozbiłem obóz w pobliżu. Mogłem tutaj
odpocząć i zapomnieć o przeszłości, o troskach. Pamiętam te wieczory, gdy
mała, słodka astia, siedząc wraz ze mną przy ogniu
słuchała moich opowieści. Śmiała się, płakała. Przytulała do mnie po każdej
smutnej historii z mojego życia, by mnie pocieszyć. Istotka kwiatów o dobrym
sercu. Była mi jak siostra. Wkrótce zacząłem ją tak nazywać. Ona zaczęła mnie
nazywać braciszkiem. Ehh, kruku. Dziękuje ci
za te księżyce spędzone w tym miejscu. I za Lilian.
Bo dzięki niej, nauczyłem się uśmiechać. Pamiętam jej głupie żarty, zabawy w
ganianego… brak mi już zabaw z moją siostrą. Brak.
Wśród miasta baśni, pomiędzy tęczą barw lampionów. W kwiatach i przy
wodospadzie. Żyłem. Narodziłem się na nowo. Mijały miesiące. Bawiłem się,
odpoczywałem. Stworzyłem też wiele opowieści, melodii i poematów. Moja
najdroższa przyjaciółka zawsze była przy mnie. Zawsze niewinna i słodka.
I tak, minęło pięćdziesiąt księżyców. Przyszły do mnie. Nastie
zasiadające w radzie. Lilian nie było przy mnie.
Kazały mi odejść. Mój lud wyrządził krzywdę niewiastą kwiatów. Nie chciały
mnie tu.
Ja… chciałem się tylko przegnać. Kochałem tą młodą dziewczynę. Jak
siostrę, matkę i córkę. Bo była dla mnie wszystkim.
Znalazłem ją przy wodospadzie. Nienawidzę siebie, za to, że zgasiłem jej
uśmiech…
-
Wybacz… nie mogę zostać… choć bardzo
tego pragnę.
- Gzii.. nie płacz…
nie naśladuj mnie…
- Nie mogę, siostrzyczko. Kocham cię.
- Ja też… przytul mnie, proszę.
- Dobrze… a to, na szczęście…
- Cio to było… gzii?
- Pocałunek…
Odszedłem… moje szczęście skończyło się. Radość znów ode mnie
odeszła. Po raz kolejny, zamknąłem się w sobie…
chociaż pamięć o niej, dawała mi siłę...
Sen, w którym umarłem
Sen... tak mroczny i szary. Kruki wznoszące się nad polami
umarłych i smród. Lepki i obrzydliwy. Trupiarnia.
Sen, dręczący mnie ostatnimi nocami. Nie zrozumiane
i straszne. Czarne pola, naga ziemia. W oddali góry. Spoglądając w dal
horyzontu dostawałem niekończące się stepy. Za nimi księżyc wody powoli
wznosił się w przestworza.
Krzyk.
Czerwony niczym krew księżyc A’Fairen i
ogniki pochodni. Krzyki, płacz i zgroza. Dostrzegłem miasto w oddali. Tam też
wrzał ogień.
Potem,
jakby nigdy nic, byłem w ruinach tego miasta. Wiedziałem, że to one. Kruki
krążyły nad dopalającymi się budowlami. Wędrując chwiejnym krokiem, uważałem
by nie potknąć nie o zwłoki. Umarli byli wszędzie. Patrzyłem na ich
powykrzywiane strachem i bólem twarze. Bałem się. Minąłem niewielką grupę rozszarpanych krasnoludów.
Znajdujący się na niewielkim wzniesieniu krasnolud o siwej brodzie nosił
jasno-zieloną wstęgę. Był w opłakanym stanie, jednak kolejna ofiara była
gorzej potraktowana przez los.
Był to
mglisty elf z mojego szczepu. Obok niego leżał miecz, reptyliońskie
ostrze. Na jego dłoni widniał symbol assasinów. Nie
miał głowy, a to, co z niego zostało, tuliło się do martwej kobiety. Jej
ciemnoszare włosy były posklejane krwią. Jej ręka była wyciągnięta w innym
kierunku. Wydawało mi jakby chciała dotknąć, przytulić jeszcze kogoś. Na jej dłoni także
dojrzałem symbol gildii zabójców.
Zatrzymałem
się przy zaułku. Kiedy zerknąłem w tamtą stronę, dojrzałem nabitego na
włócznię dzikiego elfa. Lśniąca, zielona zbroja i
łuk w sztywnych palcach. Pod nim plama krwi, a za nim wiele ofiar. Mnóstwo
tarcz z wyrysowanymi pawimi piórami.
Klęknąłem
przy złotej elfce. Niegdyś pięknej niczym róża.
Teraz... teraz była tylko krwistą bryłą. Czułem od
niej zapach spalonego mięsa. Nic nie pozostało z jej długich, czarnych
włosów. Czarnymi jak węgiel palcami trzymała kostur. W jej martwych oczach,
palił się ogień.
Było mi
niedobrze. Cudem powstrzymywałem łzy płynące do oczu. Duchy, czemu miałem
wrażenie, że ich znam? Nie wiem, i chyba nie chcę wiedzieć. Oby sen okazał
się tylko koszmarem, a nie zapowiedzą przyszłości. Bo gdy podążyłem dalej,
zobaczyłem Lilian. Widziałem głęboką szramę na jej
plecach i połamane skrzydełka. Poczułem wilgoć na policzkach... chciałem rzucić się do niej, przytulić. Lili tuliła się jednak już do kogoś. Do jakiegoś elfa,
którego twarz była pokryta krwią. Wydawało się, że substancja życia niczym
łzy wypłynęła z oczu. Oczu, teraz wyszarpanych przez kruki. Rozpoznałem go...
Dzierżył
w swych dłoniach lutnie, a na jego ustach był smutek.
[ … ]
|
|